Krzysztof    
  

 
  P
odg
órski

"któż bowiem zmusiłby cię do czytania, na przykład tego słowa, albo tego własnie, a tym bardziej
 tego, a także tej, tej i następnej litery i jeszcze, dlaczego własciwie wciaż jeszcze to robisz, zatrzymaj się, czyż nie dostrzegasz jak wszystko zaczyna wirować w bezsensie, 
a ty juz nie bardzo odrożniasz się ode mnie, czy te słowa są jeszcze moje, czy już twoje...,"

 

    
         

Krzysztof Podgorski,
urodził i zdobył wyższe wykształcenie matematyczne w Polsce. Po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych uzyskał następny tytuł doktorski ze statystyki na Stanowym Uniwersytecie Michigan (Michigan State University)

Od lat kilku mieszka w Indianapolis, w Stanie Indiana, gdzie jest zatrudniony jako profesor matematyki na Stanowym Uniwersytecie (Indiana University - Purdue University Indianapolis).

Krzysztof wierzy, że bycie twórczym znaczy niedopuszczenie
do zniewolenia przez spoleczenstwo - cel, ktory w jego mniemaniu, jest centralny w walce czlowieka o mozliwosc swiadomego, niezaleznego zaistnienia.

Nie oznacza to, ze jemu udalo sie do tego celu zblizyc w jakis znaczacy sposob.

Krzysztof Podgórski wypowiada się w małych formach literackich zwanych przez niego "wypowiedzi danego momentu".



1. Są takie słowa
,
2. Powołanie, 3. Słowa, mowa, jesień, 4. W pomiędzy, 5. Rzeczy zapodziane, 6. Meduza,
7. Z
awirownie, 8. Nieznane miejsca
, 9. Miłosć, 10. Elokwencja i seks, 11. Marzenie - cos ładnego
,
1
2. Dwie kobiety rozmawiające cicho


zobacz shows

Są takie słowa
 

Są takie słowa,
za którymi nie potrafię umieścić przecinka.
Są takie zdarzenia,
po których nie jestem w stanie się podźwignąć.

Te dwa fakty mojego życia sprawiają,
że całe ono kołacze się pomiędzy

nieudolną interpunkcją a niezdarnym wstawaniem.
 


Powołanie
 


Powołanie

Po kilku  chaotycznych,  beznadziejnych, rozpaczliwych próbach, porywach pisania,
gdy za każdym razem zdania układały mi spotworniałe przypowieści, które pałały okrucieństwem,
ociekając wulgarnością grzechotały z niecierpliwości by rozwijać się chorobliwie coraz to więcej i więcej,
wyrodniejąc w swych zawiłościach splątanych,  by w końcu ``Dość!''
lądować wśród innych zapisanych kartek oczekujących na czasy, gdy spokój zastąpi me nerwowe oczekiwania,
a moja cierpliwość dorówna wyobrażeniom bełkoczącym bezładnie spomiędzy napisanych zdań.

W końcu zacząłem z obawą roztrząsać, czy kiedykolwiek będę w stanie układać historie ze zdań, po tych
wszystkich chwilach spędzonych w przestrzeniach pomiędzy byciem, dotykiem, snami i podróżami, gdzie
nowość miejsc nieustannie naruszała  moją równowagę, która wskutek zawędrowała gdzieś,  gdzie sam jej sens
przestał mieć znaczenie i w końcu zagubiła się na zawsze zostawiając mnie samego zataczającego się błędnie od
jednego zdarzenia do drugiego.

Na szczęście,  w trakcie tej półprzytomnej wędrówki spotkałem paru szczerych przyjaciół,
którzy litościwie poskładali dla mnie kilka obrazów, sprawiających wrażenie na tyle solidnych,
że uczepiłem się ich gwałtownie  w nich szukając oparcia.

I choć były to jedynie sny o zapachach wydobywających się spomiędy ciał spoconych swym zapamiętaniem,
może alkoholowym, może seksualnym,  to przecież cóż złego w pozornej solidności snów jeżeli rzeczywistość kłębi
się gęstymi dymami niepewności, wśród których znajome postaci pogubiły swe przestrzenne wymiary.

Tam też dostrzegam siebie starzejącego się w jednowymiarowych portretach, gdzie nanizany jestem na cienką
stalową linie o smutnym skosie, zamieniającym jakiekolwiek próby uwolnienia się z takiej oczywistości, na powolny
lecz nieubłagalny ruch w dół. 

Ale ja się wyrwę, i wtedy, nawet gdy trudno już będzie sobie przypomnieć w imię czego to wszystko się dzieje,
usiądę i z wielką troskliwością zajmę się opatrywaniem krwawiących ran. Moment ten jawi się mi niezwykle
przyjemnym, kojącym nawet teraz. 

Dlatego  też nic nie przeszkodzi moim dążeniom, nawet nieustanne ujadania, ani napastliwe pokusy ciszy, ani
wytrwałe działania czasu, drażniące swą monotonią, ani ty ani  nawet ja sam,  tak bowiem podpowiadają mi chwile,
historie których spisane są tutaj od pewnego dość zagmatwanego początku aż do jakiegoś nieznanego jeszcze
końca.
 


Słowa, mowa, jesień
 

Słowa, mowa, jesień
Ptak spadł
Jesień trwa
Dzieci płaczą

Ludzie chodzą

Wiatr ziębi
.
Smutek dręczy
Muzyka wabi

Czekanie męczy
                          
 Pamięć kołysze
 Wątek się gubi
 Alkohol oszołamia
 Żebracy błagają

 Twarz się starzeje

 Kogoś brakuje
 Obrazy okrutnieją
 Słowa twardnieją
 Grzechy pokutują
                         

 Przeszłość zastyga
 Teraz się staje
 Przyszłość oczekuje

 Liście spadają
 Ciemność nastaje

 ... i tylko ptak spadł

                 

                   


W pomiędzy
 


W pomiędzy
A jednak udało nam się dotrzeć.

Tak, dotarliśmy do naszej połowy, połowy bycia, połowy milczenia,
połowy pragnienia, połowy zadeptywania śladów na piasku.

Zasmuciłoby się wkoło, gdybyśmy się tutaj mieli zatrzymać,
płaczem próbując dokonać tego, czego nie udało dotykiem.

Przewróćmy zatem na drugą stronę i nie bójmy się tego, że tam to już tylko w dół.

Przewróćmy się na drugą stronę i przyciśnijmy bardzo mocno do jeszcze chlodnej poduszki,
jedynie wiernej. Być może z przytulenia tego powstanie coś, co obejmie nas z równą mocą.
 


Rzeczy zapodziane
 

Rzeczy zapodziane

Blakam sie sennie po swoim wlasnym pustkowiu potykajac sie o nasze rzeczy zagubione
i zastanawiam sie w naglym ocknieniu, ktoz je tutaj zostawil.

Czasami wznosze je drzacymi dlonmi nad glowe i ofiaruje bostwu rozpamietywania.

Chwile popieszcze je dotykiem by odlozyc ostroznie dokladnie w to samo miejsce.

Bardzo sie staram by niczego nie naruszyc. I rzeczywiscie nic, nic, nic...
nic sie nie zmienia.

Po chwili ponownie zapadam w stan nieistnienia.

Czyz juz tak zostanie po wsze czasy?

 East Lansing, wrzesien 1993.
 

Meduza
 

Meduza
Prawdopodobnie ludzie nawet tego nie zauwazyli, jak
codzień rozpaczliwie wypatrują spełnienia swych
pragnień w promieniach słońca chowajacego się w morzu.

Mnie znużenie słoncem, zmęczenie ludźmi pozwoliło
dostrzec ten moment - mgnienie, gdy jej bezwładne,
okryte piaskiem ciało otoczone nagle pryskliwą
pianą fali wystrzeliło lotem ptaka.

Zbierałem potem ich porzucone ciała, gdy inni przebierali
w muszlach. Ich dotyk stał mi sie miły, a ich martwosć
wydała uległoscia.
                       

 I ułozyłem z nich na brzegu kobiece kształty. Wierzyłem,
 że nocny wiatr chłostajac je jezorami fal powoła je do
 życia.

 Następnego switu obudził mnie kobiecy zapach
 blakający się westchnieniami po moim ciele.

 Spacerujący ludzie niespostrzegli nawet i tego
 niezwykłego zjawiska, wciąż uporczywie wpatrując
 się w tę martwą, czerwoną kule, ktorej nigdy nie będzie
 im dane nawet dotknąć. Później, o zmroku, wracając
 
wzdłuż brzegu omijali
porzucone meduzy, przydeptując
 je czasami i wzdrygając się wtedy ze wstrętem.
   
              

Zawirowanie
 

Zawirowanie

Ogldając portrety, dodajmy płaskie portrety,
zadziwiało mnie zawsze, fascynowało, a czasami
wręcz napełniało z lekka obsesyjnym lękiem, to
dziwne zjawisko, efekt, złudzenie, czy jakkolwiek
inaczej to nazwiemy, pojawiajace sie ilekroc portretowany w trakcie swego uwieczniania uporczywie, a czasami,
daj Bóg, przenikliwie, wpatrywał się w pędzel, ołówek, obiektyw, czy jakikolwiek inny srodek zamieniania czterowymiarowego obiektu, czy jakbysmy inaczej rzekli,  przestrzennego i przemijającego, w obiekt płaski i wieczny, no, chociaż z tym ostatnim przymiotem to różnie bywa, tenże, a mam teraz na mysli powiedzmy, pędzel odwdzięczał się temu zainteresowaniu, sprawiając, że sportretowany od tamtej chwili aż po zawsze, oczywiscie jeżeli tylko nie zdarzy się, kórys z owych smutnych i nieodżałowanych przypadków, jak ongis w Aleksandrii, bedzie spoglądał z tej swojej niepojętej płaskosci we wszystkich możliwych kierunkach i to we wszystkich kierunkach jednoczesnie, co dla nas istot umieszczonych nadzwyczaj pokracznie w czterowymiarowej rzeczywistosci w jakims wymyslnym splocie pomiędzy czasem i przestrzenią, 
jest aktywnoscią leżącą daleko, daleko poza
naszymi, niewydarzonymi możliwosciami,
bowiem jakkolwiek bysmy nie próbowali, wytężali, 
spoglądając w najdalsze kąty naszego oka to i tak
przecież majaczą nam się jedynie niewyraźne kształty
rzeczy, a sprobujcie, sprobujcie, nie mowiac już o tym,
że nasze źrenice spoglądają całkiem wyraźnie tylko w
jeden,
dokładnie okreslony punkt, co nie ma miejsca w
przypadku wspomnianych płaskich wizerunków,
patrzących niewzruszenie na ciebie, gdziekolwiek  staniesz, jakkolwiek staniesz, czy w jakikolwiek
sposob ułożysz ów obraz, i nie próbuj go zaskoczyć
udając, że nie zwracasz na niego uwagi, by nagle,
odwracając  znienacka, usiłowac uchwycić moment, gdy
jego źrenice skierowane są gdzies indziej, próżny twój
trud, one będą nieruchomo utkwione wprost w ciebie,
a gdy podzielisz się tym  odkryciem z twoim
przyjacielem, który, przypusćmy, stoi na glowie w
przeciwległym kącie tego pokoju, który, nawiasem
mówiąc, dziwnieje coraz bardziej przyoblekając sciany
w wykrzywione portrety postaci z pustymi oczodolami,
on będzie również uparcie twierdził, że to własnie na nim
spoczywa owe spojrzenie i musisz mu przecież uwierzyc,
bo komuż bys uwierzyl  jezeli nie własnym przyjaciołom,
lecz twój umysł burzy się przeciwko tej oczywistej,
namacalnie istniejącej niemożliwosci, choć ty w gruncie
rzeczy nie masz nic przeciwko temu, pragnąc nawet,
w
głębi ducha, znużony codziennoscią, aby swiat zapełnił
się
takimi zwariowanymi niezwykłosciami i być może
dlatego też zazdroszcząc tego  malarzom, aczkolwiek
              












 
 pewnie niesłusznie, bo cóż to jest - sztuczka, wybryk
 kuglarza, tym niemniej ja nie mogę tak w nieskonczonosć
 z tymi słowami, a zatem w koncu sięgnę chyba po cienki,
 nadzwyczaj cienki pedzel umaczany w farbie tego, czy
 innego koloru, zapewne czarnego, i będę dalej prowadził
 twą mysl po delikatnej lini tego zawirowania, które nagle,
 
w ktoryms mało spodziewanym momencie, jakims jego
 cudownym pociągnięciem przemieni się w źrenice oka,
 które podobnie przyszpili ten twój mniej lub bardziej marny
 umysł, dołączając kolejnego szaleńca do kolekcji tych
 dziwacznych motyli zamkniętych w szklanej gablocie tej
 wiszącej na scianie za twymi plecami, odwroć się tylko i
 powiedz, czy to nie przerażający widok, a zatem strzeż
 się oglądania tych portretów, gdy mogąc się obracać,
 wprawiając twe mysli w powolny ruch okrężny, a potem
 szybciej i szybciej, nawijając twoje spojrzenie wzdluż osi
 
owych nieruchomych oczu, w slad za twoimi spojrzeniami
 
podązają twe mysli, a ty wciąż na to patrzysz, choć już
 nie wiesz czyimi oczami, własnymi, czy jego, i z
 przerażeniem oczekujesz, na moment, gdy skończą się
 twoje mysli i przyjdzie kolej by uczucia zaczęły się
 pojawiać w tym wirujacym obłędzie, ale jednak nie,
 jednak udaje ci się jakos zatrzymać obracający wizerunek
 i wtedy ze zdumieniem spostrzegasz, że to nie żadna
 niezwykła siła go obracała, lecz twoje własne dłonie,
 i mimo, że wszystko jeszcze wiruje przez chwile, to ty
 
odpreżasz się, szczesliwy, że odczucia twe zachowałes
 dla siebie, potem spogladasz na mnie z wyrzutem,
 zupełnie niesłusznie winiąc mnie za to, że pragnę cię
 przestraszyć, chociaż własciwie to masz rację pytając po
 co ja ci o tym wszystkim tak po prostu, więc wybacz mi
 to nieco przydługie zdanie - niezdanie, dziwoląg niejaki,
 
który nie dosć, że gubi co chwilę wątek, mysl, nie mówiąc
 o orzeczeniach i podmiotach,  ile to ich już się
 
porozsypywało po drodze, i którego czytanie męczy cię
 niepomiernie, tym bardziej, że jest to dopiero jego
 początek, i nikt własciwie nie wie dlaczego ty go jeszcze
 czytasz jeżeli jeszcze go rzeczywiscie czytasz, a miejmy
 nadzieję, że tak, bo inaczej jakiż dalszy sens ustawiania
 wyrazów w ten, czy inny porządek - chyba żaden, gdyż
 ciebie już nie ma,  któż bowiem zmusiłby cię do czytania
 na przykład tego słowa, albo tego własnie, a tym bardziej
 tego, a także tej, tej i następnej litery i jeszcze, dlaczego
 własciwie wciaż jeszcze to robisz, zatrzymaj się, czyż nie
 dostrzegasz jak wszystko zaczyna wirować w bezsensie,
 a ty juz nie bardzo odrożniasz się ode mnie, czy te słowa
 są jeszcze moje, czy już twoje, gdzies się pogubiły
 pomiędzy nami, nie to raczej już ty nimi myslisz,
 ja ich już w sobie nie znajduję, nie, to nie ty oszalałes,
 to ja chyba, skąd te mysli, prosze przestań, zatrzymaj to
 wreszcie,

 ...JA już nie daję rady.
  

Nieznane miejsca
 

Nieznane miejsca
Szukajac dla nas miejsca nieopatrznie
zawadzilem o zblakany kosmos, który bynajmniej
nie zbliżył mnie do Ciebie.
                
Wciagal mnie w rzygowiny jakiegos mętnego pokera.
                 
Mówiłem mu "Fuck of", kilka razy dziennie,
lecz najwidoczniej nic go to nie ruszało.
              
Musiałem więc powtórnie zacząć me starania od
pozbycia się nieprzyjaznych ciemnosci, które mi przysłoniły Ciebie.
                   
Doprawdy nigdy ich nie zrozumiem.

Znajac mnie tak dobrze muszą więc wiedzieć, że na nic
ten ich przeklety upór. Są  jak te zużyte dziwki, które czepiajają się myląc pojecia.
                   
Ileż mi czasu zajmie przerzucanie tej gnijącej padliny galaktyk, aż wreszcie na skrawku ziemi, który pieszczę od lat, maskując starannie nie tylko przed wzrokiem, ale także przed czyjąkolwiek myslą, wytrysnie orgazmem ta zieleń lisci, którą pamiętamy i Ty i Ja.
                               
Czy lubisz rytm slów? Ja uwielbiam się w nie wsluchiwać i odlatywać tam, gdzie największym dziwactwem są ludzie... i Ty i Ja, i Ty i Ja, i Ty i Ja...
                       
A czasami pojawiają się tam jakies obrazy niby dziwaczne motyle, ja je chwytam wtedy i trzepoczące jeszccze pełne przerażenia nabijam na szpile, by je obserwować z zachwytem jak konają w bólu w gablotach mej umiłowanej kolekcji.
                                          







 
 I żyję tak własnie, przerzucając kosmosy leżące między
 
nami, walące się kłodami pod moje nogi i wszystko jest
 spokojne, gdyż wszystko jest proste, gdy jest przed nami.
                                                                           
 I tym jestem silny, czasami tylko zwijam się
w embrion
 przerażenia, gdy jakies skrzeczące głosy nękają mnie
 pytaniem: "Czy cos więcej, niz badylasto -zieloniasta
 przeszłosć nam się w tym życiu przydarzy?".

 Znoszę to ze spokojem, te spazmy przeminą, a kto lepiej
 ode mnie wie, że ich pozorna napastliwosć jest jedynie
 tchórzostwem.
                                           
 Innego znow dnia jakis kolejny szaleniec
chciał mnie
 powstrzymać. Nawet wyciągnął nóż i bedac jednookim 
 wygladal dosć groznie z tym pustym oczodolem, 
 z ktorego raz za razem wypadaly teczowki rozlewajc sie
 miekko po trotuarze opalizujac przy tym niebieskawo.
                        
 Zachwycił mnie tym, dlatego też byłem dla niego
 wyrozumialy i odpowiadałem na wszystkie jego pytania.
 Dowiedzial się dzięki temu jak mozna rozmawiac i milczec
 zarazem, być blisko i daleko, kochać wyuzdanie i spac
 snem niewinnym, pożądać będąc spełnionym.
                      
 Jednym słowem pooprowadzałem go po zakamarkach
 mojej głowy i nawet nie miałem nic przeciwko ostrzu jego
 noza
, choć kilkakrotnie zranił me mysli dotkliwie. Gdy
 odchodził, spojrzałem nań raz jeszcze i dostrzegłem,
 że nie zostawiał już niebieskawej poswiaty.
                         
 Od samego początku wiedziałem, ze to był płacz.
 Podniosłem porzucony nóż i podjąłem swe poszukiwania,
 nie mogąc sobie przypomniec czyjej to krwi swieże slady
 widnieją na jego ostrzu.
  
                                


Miłosć
 

Miłosć

Wyobraźmy sobie dwie kobiety, które upodobały sobie tego samego meżczyznę,
a ten z kolei darzyłby głębokim uczuciem inną,
pożądającą trzech osobników,
z ktorych tylko jeden byłby płci odmiennej,

ale za to nie mogącym przestać mysleć o mlodym chłopcu zadurzonym po uszy w nauczycielce literatury
od lat marzacej by spocząć w ramionach malarza z naprzeciwka...,
a na koniec, po karkołomnym zatoczeniu wielkiego kręgu,  pomyslmy sobie,
że ostatni człowiek, jedyny którego jeszcze nie rozważylismy,

a który okazał się być młodym żołnierzem,
byłby zakochany do szaleństwa w obu kobietach wspomnianych na wstępie.
Czyż nie można byloby wowczas powiedzieć,
że na swiecie wreszcie zapanowła miłosć?

Ech, lepiej chyba, żeby - tak jak dotychczas - każdy kochał samego siebie.
No i czasami,
w miłosiernym gescie wielkiej hojnosci,
obdarował cząstką swej miłosci kogos drugiego.
 

Elokwencja i seks
Nie ma bardziej upokarzajacego bólu, nie ma większej bezsilnej wcieklizny, niż swiadomosć,
że tragizm, który tkwi w nas, na zewnatrz jest tylko smieszny.

 

Elokwencja i seks

Spoglądała na niego z wyczekiwaniem graniczącym z chciwoscią.

Zatem, chrząknąwszy na wstępie,
zaczął z odpowiednim rozmachem mając nadzieję,
że jego zawiłe wywody swiadczyć będą o głębi jego mysli,
równoważąc tym samym jej niepokojącą urodę.

Jednak po kilku zdaniach cała jego wiara w siebie uleciała
w nieznane, gdy zaczął sobie zdawać sprawę,
że tymi słowami nie przekonałby nawet samego siebie.

Własciwie to sam już zdążył się znudzić swoim gadaniem.

Nie mając jednak odwagi spojrzeć jej w oczy by nie znaleźć tam tego, o co już siebie słusznie obwiniał,
brnął uporczywie dalej w skomplikowane konstrukcje
językowe jakby łudząc się,
że ta konsekwencja będzie stanowić o jego wartosci.

Mimo całej jego zewnętrznej powagi,
zbierało mu się na płacz,
gdy rozpaczliwie szukał sposobu by wrócić do niej,
a w tej chwili odległosci między nimi mierzył galaktykami.

Przestało już go obchodzić co mówi,
a mówił duzo,
zastanawiał się tylko czy bardziej jest teraz żałosny,
czy też smieszny.
            





 Wstał i zaczął chodzic po pokoju,
 nieustannie cos mamrocząc i w swym tchórzostwie wciąż
 unikając jej wzroku.

 Mówił, mówił, i mówił, jakby liczył,
 że przez jakis nadzwyczajny zbieg okolicznosci trafi mu
 się zdanie,  na które ona z rosnącą niecierpliwoscią
 czekała.

 W rezultacie wplątał się w jakąs paranoiczną opowiesć o
 lesie, w którym się jakoby zgubił i że potem jej szukał,
 ale bez powodzenia,
 gdyż zaplątał się w gęstwinie,
 a także z powodu zapad/lych ciemnosci,
 ale że wszystko się skończyło szczęsliwie,
 chociaż miał swiadmosć jakiejs smierci,
 która, jak twierdził,
 była tylko dosć luźno z nimi obojgiem związana,
 a ona potakiwała mu z wolna,
 co jakis czas przytakując mu uspokajająco,
 i gładząc dłonią jego twarz,
 gdy on leżał skulony na ziemi szlochając z rozżalenia
 nad samym sobą.

 W końcu jednak przerwała mu: "Dosyć już tego,
 mój panie!'',
 a on z szeroko otwartymi oczami i z przerwanym w
 połowie zdaniem wpatrywał się jak stoi nad nim naga
 usmiechając się triumfująco.

 I nawet nie miał nic przeciwko oczywistej ironii w jej głosie.
 
            

Marzenie - cos ładnego
 

Marzenia - cos ładnego

Ze snu wyrwała mnie mała dziewczynka.
Na główce miała wianek z polnych kwiatków,
          
a w rączce trzymała szmacianą lalę.
         
Stała przy oknie jasno oswietlonym przez słońce.
Za nim ciepła zieleń buchała srodkiem kolejnego, letniego dnia.
            
Usmiechała się, a dołeczki policzków
przypominały mi własne zdjęcia sprzed dwudziestu lat.
        
Biegałem wtedy czarno-biały
z patykiem i gilami pod nosem, radosny.
             
Teraz, z dziecięcą naiwnoscią,
osóbka ta przypatrywała się wyprutym ze mnie wnętrznosciom.
            
Ostatniej nocy zrobiła to jakas chora kurwa.
             
Pomyslałem ze wstydem: własciwie dlaczegoż
jeszcze nie umarłem?
 

Dwie kobiety rozmawiające cicho
 

Dwie  kobiety o niezwyczajnej urodzie rozmawiajace cicho i spokojnie,
Zanosilo sie na burzę, nagle pociemniało i ucichło. Podażał znajomym nadrzecznym pasażem, gdzie często szukał i zazwyczaj znajdował chwilę wytchnienia od drapieżnej codziennosci. Tym razem, prawdopodobnie za sprawą niespokojnej pogody, aleja była opustoszała. Jedynie w oddali, gdy dobrze wytężyć wzrok, dostrzec można dwie postaci, podażające w tym samym co on kierunku.

Nie myslał o niczym szczegolnym czerpiąc radosć ze zdarzającej się możliwosci bycia bez koniecznosci działania. Odległe postacie przybliżyły się na tyle by rozpoznał w nich kobiety. Szły dużo wolniejszym krokiem. Stopniowo coraz wyrazniej postrzegał nowe detale ich sylwetek, już potrafił stwierdzić, że są młode, szczupłe, dobrze ubrane, być może piękne. Siłą rzeczy stały się centrum jego uwagi. 

Mimo ołowianych chmur i pierwszej odległej błyskawicy one wciąż szły nadzwyczaj powoli jakby od niechcenia stawiając kroki, rozmawiając, od czasu do czasu wspomagając się nieznacznymi gestami rąk. Dystans pomiędzy nimi wydawał się zmiejszać  jeszcze szybciej, tak jakby podswiadomie żałował każdej chwili spędzonej poza ich kręgiem - siły grawitacji przyciągające dryfujące bez celu jestestwo do ruchu, wydarzenia, akcji.

Po chwili był wystarczająco blisko by rozpoznać brzmienia ich glosów, choć słowa wciąż były niezrozumiałe. Teraz już z pewnoscią mógł stwierdzić, że rzeczywiscie obie były niepospolitej urody.

Zwolnil i wstrzymal oddech by wsluchac sie jak rozprawiaja z wdziekiem. Teraz podazal za nimi skradajac ich rozmowe, fascynujac sie detalami ich kobiecosci. Chwilami docieral do niego sens niektorych zdan i wtedy podziwial  jakze starannie i z jaka swoboda dobieraly slowa. Przez moment nawet pomyslal, zeby podejsc do nich pod jakims pretekstem i stac sie rzeczywista, aktywna czescia tak bardzo absorbujacej go sceny. Zrywajacy sie gwaltowny wiatr, karcac go, zdal mu sprawe jak bardzo chybiony to pomysl.

Nietrudno sobie wyobrazic jego nieporadne slowa, ich pytajacy wzrok, bezpowrotnie zagubiona harmonie obecnej konwersacji.

Przynalezy do plemienia, hordy szczesliwych ludzi o ciemnej skorze majacych pod dostatkiem wszystkiego co w ich pojeciu okreslalo dobrobyt. Pasja jego sa kobiety, absorbuje go to niezwykle bogactwo jakie mozna wydobyc z napiecia pomiedzy kobieta a mezczyzna, a siebie uwaza za szczegolnie uzdolnionego by czerpac z tego do woli. W swojej proznosci uwazal sie za szamana seksu i z tego tytulu ciazy na nim powinnosc poddawania sie wszelkim obrzadkom jakie bostwo to zsyla jego wyobrazni. Nie znal kobiety, ktora by kwestionowala jego poslannictwo. Opinia mezczyzn w tej kwestii byla co najmniej nieistotna.

Gdy do wioski zawitala ta abstrakcyjna ekspedycja  jasnoskorych i jasnowlosych ludzi i wiekszosc wspolplemiencow wydaje sie podekscytowana i pelna naboznego podziwu, on okazuje demonstracyjne lekcewazenie, ale jedynie do momentu gdy dostrzega wsrod przybylych dwie kobiety. Z dystansu obserwuje jak kobiety te posluguja sie rownie sprawnie grzebieniem rozczesujac niezwykle obfite wlosy w trakcie porannej toalety, jak i bronia palna, zestrzelajac nieosiagalne ptaki w trakcie pokazow dla oniemialych z podziwu i przerazenia wspolplemiencow.

On wtedy stoi z dzida i z ta smieszna przepaska wokol bioder, ktora nie jest wstanie ukryc wzwodu jego czlonka, gdy jedna z kobiet wysuwa nieznacznie jezyk  opierajac go na gornej wardze, gdy on w tym czasie sklada sie do oddania strzalu. Przystepuje z nogi na noge i pozada z obca dla niego swiadomoscia, ze nigdy nie bedzie mogl pozadania tego zaspokoc. Nie wiedzialby nawet co zrobic z tymi dziwnymi strojami na ich cialach. Poza tym obce ani razu nie obdarzyly zadnego z  wspolplemiencow tym spojrzeniem, ktorym kobiety z jego wioski obdarzaly go nieustannie, spojrzeniem pozadania i przyzwolenia. Nocami nie spi, w dzien blaka sie za nimi, pozadliwie chlonac ich tajemnicze zwyczaje. Potem przybysze opuszczaja wioske. Zycie wraca do normalnego trybu. Nie potrafi jednak tego zaakceptowac, uwaza to za objaw tchorzostwa, to co sie zdarzylo podwaza sens ich bytowania zatem winno sie temu stawic czola. W jaki sposob?

Probuje polowac, co zawsze bylo dla niego inspiracja i zrodlem satysfakcji. Teraz jednak wydaje sie zalosnie beznadziejne, wciaz ma w pamieci odglos strzalow i szum spadajacych ptakow. Probuje takze kobiet, lecz ich zbyt znajoma uroda  i oczywistosc z jaka rozwieraly uda budza w nim odraze. Onanizuje sie przez kilka dni przy wizerunku bialej kobiety, ktory sobie wydrapal na skale. Potem nabija sie na wlasna wlocznie.

Minal rozmawiajace kobiety. Gdy pierwsze, wyjatkowo wielkie krople deszczu spoczely na jego twarzy, pomyslal  z zalem, ze przynalezy do tych, ktorzy po kataklizmie wracaja do normalnosci.

                     zobacz shows  


MAIL

         

About this Web Site | Sources and Authors | Favourites | FineArts | Movies | PhotoGallery | and my Letters...| GoToSlawek | inEnglish


Copyright © 2002 and My Letters... All rights reserved